TUNISIA / 26 Październik, 2017
Tunezja,. to jedna z moich pierwszych i najdłuższych historii podróżniczych do tej pory,. może kiedyś napiszę książkę, bo wierzcie mi, jest co opowiadać,.  jednak tymczasem, odkładając wszystkie (bardziej lub mniej przyjemne) wspomnienia na bok, skupię się na jednej z najciekawszych momentów - podróżach po Tunezji. W grudniu 2010 roku, na dwa tygodnie przed swiętami Bożego Narodzenia, wyleciałam z Warszawskiego lotniska prosto do Enfidha. Tam, czekał na mnie S., który w tym czasie i przez kilkanaście nastepnych miesięcy, obwoził mnie po najciekawszych, możliwych do zobaczenia, miejscach. To niesamowite uczucie, kiedy jedziesz z lotniska do miasta, i bez GPS-u lub mapy wiesz, gdzie jesteś i jak daleko jest do Sousse, pomimo iż widzisz tylko puste przestrzenie lub sady drzew oliwnych. To jak droga do domu. W sumie tak się wtedy czułam,. jakbym wracała do mojego "domku letniskowego", tym bardziej, że w Sousse czekało na mnie kilkoro dobrych znajomych, za którymi teśkniłam tak samo jak oni za mną. Wracając jednak do podróży, wbrew pozorom, czasu miałam niewiele. Grudzien ma to do siebie, że dzien jest którszy, a noce są bardzo zimne, jednak pomimo tego, nie było innej możliwości - musiałam pojechać. Rządza przygód oraz zwykła ludzka ciekawośc świata nie pozwalała mi myśleć w inny sposób. Nowy dzień, nowe możliwości i nowe przygody. Sousse znałam juz dosyć dobrze, więc planując zwiedzanie, pominięłam już to miasto (zwiedziłam je we wrześniu, zaczynając od turystycznych miejsc a koncąc na obiadach w domu czy zaręczynach w najciemniejszych zakamarkach Akouda). Klasyczny Monastir, historyczny El-Jam z olbrzymimi murami zabytkowego koloseum, nadmorska i spokojna Mahdia, utrzymujący i rządny tradycji Kairouan,. Zatłoczona stolica Tunis oraz przeuroczy widok na morze i port w Sidi Bou Said. Bizerte czy turystyczny Hammamet z ogromnym parkiem rozrywki Cartagheland. Każde z tych miejsc miało swój urok, a mi dało olbrzymią wiedzę dotyczącą kultury oraz podejścia do życia i świata. Wiele ciekawych miejsc, jednak było też jeszcze jedno, wyczekane i wymarzone od kilku wcześniejszych miesięcy - wyjazd na Saharę.
 
img_6910-1
Wyjechaliśmy z samego rana, by jak najszybciej dojechać i spotkać się z lokalnym znajomym - Nejib'em. Po drodze, nie wiem z jakiego powodu, jednak kilkukrotnie prosiłam S. by zatrzymał się, gdyż chcę zdjęcie z mała owieczką. Po kilkunastu minutach utwierdzając go w przekonaniu, że, jest to moje marzenie, zatrzymał się i poprosił przechodzącego obok drogi męzczyznę ze stadem owiec, by złapał mi taką mała owce do zdjęcia. Męzczyzna popatrzył na mnie z uśmiechem i złapał za nogę mała, puchatą owcę. Ja z wielką radością przycisnęłam owieczkę do siebie - troche śię wyrywała. Zadowolona mając piękne zdjęcie z owca pojechaliśmy dalej. Przez dłuższy czas czułam, że coś śmierdzi w samochodzie. Byłam przekonana, że ktoś z nas wszedł w owczą kupę, stad ten zapach. Jednak po kilku minutach zauważyłam, że to nie kupa a moj sweter przeszedł zapachem owcy - a dokladnie śmierdzącego, starego barana. Nie było innej możliwości jak zdjąc go i przez dalszą drogę moj sweter jechał w bagażniku.  
img_0109_01 img_4175_01
Gdy dotarliśmy do okolic Kebili, zatrzymaliśmy się przy przydrożnej kawiarni, choć dla mnie wyglądało to na opuszczoną ruinę. Po dwóch minutach dowiedziałam się, że jesteśmy na dobrej drodze i że dostaliśmy kawę za darmo. Ponoć taka tradycja: jesteśmy gośćmi i jesteśmy pierwszy raz w Kebili.  Bardzo miłe, jednak nie jestem zaskoczona dlaczego kawiarnia wyglądała tak biednie. Niestety tak się nie dorobią,.. ;)  img_0435_01 img_0334_01 Na miejscu spotkaliśmy Nejib'a. On zaprowadził nas do jego domu rodzinnego. Tam, przywitała nas cała rodzina: rodzice, ciotki, dzieci, bracia i siostry. Mówiąc serio do tej pory nie wiem kto jest kim i jakie połaczenie rodzinne jest między nimi. Zostaliśmy poczęstowani prawdziwą kawą arabską i chociaż było już dobrze przed północą, stwierdziłam, że nawet jesli nie usnę przez kolejne pół nocy, to zdecydowanie nie mogę ominąć takiej okazji. Kawa zdecydowanie nietypowa - tłuste oczka pływające po powierzchni, ukazywały swoją wartość. Po dłuższym czasie spędzownym w domu Nejib'a postanowiliśmy pojechać do hotelu by odpocząć przed jutrzejszym dniem.  img_1429_01 untitled-4 Rano, zaraz po śniadaniu, w okolicach hotelu, spotkaliśmy grupę muzyków z flagą Algerii. Było to kolejne ciekawe wydarzenie tego wyjazdu.  img_0613_01 sahara_01 Następnie droga do oazy w Douz oraz wyprawa na pustynię. To niesamowite, jakie uczucia mi towarzyszą gdy już jestem na pustyni. Taka cisza i wewnętrzny spokój. Można totalnie odciąć się od wszystkiego co jest wokoło - od problemów życia codziennego, dosłownie od wszystkiego. Mimo, iż wydawało mi się, że będzie to koniec większych przygód tego wyjazu, okazało się zupełnie inaczej. Po wspaniałej podróży na pustynię, ponownie spotkaliśmy się z rodziną Nejib'a. Tym razem ubrali nas w tradycyjny, arabski strój, w którym (ze względu na moją figurę i niestety olbrzymie gabaryty moich bioder) nie czułam się najlepiej. Jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia. Gorsze było ubranie w te wszystkie materialy i chusty przy bądź co bądź, dla mnie wysokiej temperaturze - był grudzien jednak temperatura przypominała cieply, przyjemny wiosenny dzien . Przebrani poszliśmy do oazy, tam włączyli muzykę i kazali tanczyć. To dopiero było zabawne - zdecydowanie mogli się ze mnie posmiac, gdyż arabska muzyka nie jest moja ulubioną w szczegolnosci do tanca. Wracając z oazy, weszliśmy do pobliskiego domu, aby zrobić henne na dłoni. Był to dom kobiety, która wykonywała taką henne a wstęp do pomieszczenia był tylko dla kobiet. img_0851_01 img_0852_01 img_1301_01 img_1166_01 img_0940_01 img_1748_01 img_2211_01 img_2458_01 Po wykonanej hennie, wyszłam z dlonią zawiniętą w torebkę foliową. W kazdym momencie gdy dostało się powietrze, dłon zaczynała szczypać, więc starałam się nie zdjemować przed wskazanym czasem. Wróciliśmy do domu, przebraliśmy w nasze "normalne" ubrania oraz zostaliśmy poczęstowani przecudownym obiadem. Cały stół zastawiony olbrzymią ilością jedzenia, owoców, a przy stole tylko my - czyli 4 osoby. Az trochę dziwnie się czułam - dosłownie jak księżniczka. Było to wszystko bardzo miłe i nie przeczę, że był to jeden z moich najlepszych wyjazdów. Na drogę otrzymaliśmy cały bagażnik swieżych daktyli oraz gruszek i innych owoców a na pamiątkę otrzmałam przepiekny błekitny naszyjnik. Nie ma dla mnie nic lepszego niż mozliwośc spedzenia czasu w domu, razem z rodziną czy znajomymi oraz degustacja tradycyjnych potraw. Obcowanie z tradycją oraz inna kulturą jest dla mnie najciekawszym przezyciem. Turystczne miejscą są ładne i przyjemne do zwiedzenia, jednak kraj i kulturę zdecydowanie lepiej poznaje się poprzez obcowanie z ludźmi, rozmowy,, próbowanie tradycyjnych potraw czy próbowanie żyć jak oni. Zdecydowanie ważne jest jakich ludzi spotykamy na swojej drodze, a trzeba przyznać, że mam olbrzymie szczeście do ludzi. Z przyczyn kulturowych oraz szacunku dla rodziny niestety nie mogłam umieścic wszystkich zdjęć z tamtej wyprawy. Może kiedyś ;) img_0420-01